Show summary Hide summary
Janusz Zaorski wraca do kin z filmem, który łączy lokalną legendę z uniwersalną opowieścią o porozumieniu międzypokoleniowym. „Syrenka Picassa” odwołuje się do prawdziwego zdarzenia z powojennej Warszawy i stawia pytania o pamięć, prywatność oraz nadzieję w trudnych czasach.
Historia, która zainspirowała film
Wszystko zaczęło się od jednego rysunku: 3 września 1948 roku Pablo Picasso, zaproszony do Polski na Kongres Pokoju, narysował syrenę na ścianie jednego z mieszkań na warszawskim Kole. Dzieło szybko przyciągnęło tłumy i stało się utrapieniem dla lokatorów; w 1953 roku spółdzielnia mieszkaniowa zdecydowała o jego zamalowaniu. Opowieść tę dokumentował już Józef Gębski w filmie z 1992 roku, ale dziś niewielu o niej pamięta.
The Doors Alive zagrali w Trójmieście: zobacz zdjęcia z koncertu
Arcybiskup Galbas wzywa do zachowania krzyża w przestrzeni publicznej i przeciwdziałania nadużyciom

To właśnie ta anegdota stała się punktem wyjścia dla założonej przez producenta Romana Jarosza i ostatecznie wyreżyserowanej przez Zaorskiego produkcji. Jarosz początkowo zapraszał reżysera jako opiekuna artystycznego. Po blisko trzech latach wspólnej pracy, gdy brak akceptacji debiutu ze strony ówczesnego dyrektora PISF uniemożliwiał kontynuację, Zaorski przyjął propozycję stanąć za kamerą.
Trudne finansowanie i start zdjęć
Film uzyskał wsparcie z PISF, ale było ono skromne — ok. 1 mln zł — podczas gdy inne projekty otrzymywały znacznie większe dotacje. Problemy z budżetem wiele razy opóźniały wejście na plan, aktorzy odchodzili, a terminy zdjęć były przekładane. Dopiero dołączenie odrodzonej Telewizji Polskiej i fundusze od sponsorów prywatnych pozwoliły dokończyć produkcję.
Między faktami a współczesną narracją
Zaorski i współautorzy zadbali, by część wątków filmowych oparta była na faktach. W filmie pojawia się prawdziwe nazwisko działacza, który zgodził się na zacementowanie rysunku. Wszystko, co wydarzyło się do 1953 roku, ma więc oparcie w historii.
Jednak reżyser celowo rozszerzył opowieść o współczesny wątek: wyobraża sobie sytuację, w której młoda kobieta wprowadza się do zwykłego mieszkania i odkrywa pod tynkiem grafikę Picassa. Ten zabieg pozwala skonfrontować dwa światy — powojenne doświadczenia i życie pod znakiem internetu i mobilnych technologii — oraz zadać pytanie, co dziś znaczy dziedzictwo przeszłości.
Postaci i dialog pokoleń
Centralny duet filmu tworzą grany przez Andrzeja Seweryna Stefan Radomski, lokator bloku na Kole, oraz młoda Mary Becker w wykonaniu Magdy Koleśnik. Różnica wieku — 90 lat wobec 30 — sugeruje przepaść, ale Zaorski pokazuje, że rozmowa może ją skrócić. Aktorka, oglądając archiwalne fotografie, rozpoznała w jednej z nich okulary generała Jaruzelskiego i odruchowo skomentowała: „O, mam takie same okularki” — drobna, autentyczna sytuacja, którą reżyser wykorzystał w filmie.

Zaorski podkreśla, że chciał zrealizować obraz niosący choćby odrobinę optymizmu. W obliczu zalewu złych informacji chciał ukazać ludzi uczciwych, popełniających błędy, ale zdolnych do przyznania się do nich i zmiany.
Doświadczenia z przeszłości filmowej
Reżyser wraca też pamięcią do własnych zdjęć z przełomu lat 70. i 80. „Matka Królów” powstawała w okresie solidarnościowej odwilży i — mimo zgody autora powieści Kazimierza Brandysa — spotkała się z niedowierzaniem, że władza dopuści jej realizację. Film ukończono w 1982 roku, lecz trafił „na półkę” na pięć lat. Inne produkcje, jak „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego, były zamrożone jeszcze dłużej.
Zaorski zauważa, że tamte doświadczenia miały wpływ na kolejne pokolenia twórców. Jak relacjonuje, spotkał się niedawno z informacją, że jego filmy zainspirowały reżysera Macieja Sobieszczańskiego do nakręcenia „Przez ścianę”.
Rola publiczna i praca w instytucjach
Zaorski przypomina też swoją pracę poza planem. Pochodząc z rodziny zaangażowanej w kulturę — jego ojciec, Tadeusz Zaorski, był wiceministrem kultury i sztuki — sam pełnił funkcje w instytucjach państwowych. Po doświadczeniu producenta zagranicznego podczas pracy dla FR3 zgodził się objąć stanowisko szefa Radiokomitetu na proponowane przez ówczesnego premiera stanowisko.
W tamtym okresie uruchomił między innymi TV Polonia, wprowadził kursy dla producentów i podpisał około 300 licencji dla ludzi, którzy później pracowali w telewizji i kinematografii. Jego filmy z lat 90. miały zróżnicowane losy — „Panny i wdowy” nie odniosły sukcesu, natomiast „Szczęśliwego Nowego Jorku” obejrzało 700 tys. widzów, co przyniosło Złoty Bilet i nagrodę za reżyserię w Gdyni.
O kondycji polskiego kina
Zaorski krytycznie ocenia brak odwagi w polskim filmie. Z podziwem wspomina rumuńskie kino — „ostre, drażliwe, bolesne” — i zastanawia się, czemu polscy twórcy rzadko zdobywają najwyższe laury. Jako przykład odwagi wymienia filmy takie jak „Kler” czy „Pod Mocnym Aniołem”.
Według reżysera młodym twórcom często brakuje nie tylko środków, lecz także merytorycznego wsparcia. Niewystarczający budżet skraca liczbę dni zdjęciowych i ogranicza możliwości scenograficzne. Potrzebna jest opieka artystyczna — ktoś, kto spojrzy na scenariusz i pomoże debiutantowi dopracować materiał.
Rozmowa zamiast postów
Zaorski wielokrotnie wraca do potrzeby dialogu: nie wystarczy wiadomość SMS czy wpis w mediach społecznościowych — trzeba rozmawiać twarzą w twarz. To, jego zdaniem, sposób, by uniknąć podziałów i wrogości, które grożą społeczeństwu.
Na koniec reżyser przyznaje, że nie można żyć bez nadziei. Ma świadomość przemian technologicznych i społecznych, ale wylicza jako najważniejszą wartość rozmowę i otwartość. Jeśli miałby napisać list do widzów, mówi, że byłby to list o Putinie — nie jako bohaterze filmu, lecz jako symbolie największego dziś zagrożenia dla porządku międzynarodowego.











