sobota, 12 marca 2011 19:00
Mogła się spalić tylko łazienka, a przez procedury z dymem poszło całe mieszkanie.
W sąsiedztwie Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej na Pomorskiej wybuchnął ogień w niewielkiej łazience na parterze. Przerażony mężczyzna wybiegł z domu i ruszył do oddalonej o 50 metrów jednostki strażackiej. Tam usłyszał, że niestety strażacy mogą przyjąć tylko i wyłącznie zgłoszenia telefoniczne. Zaskoczony czym prędzej wrócił do domu, ale dymu było już tyle, że nie odważył się wbiec do środka i szukać komórki. Zrozpaczona sąsiadka, mieszkająca powyżej również udała się z prośbą o pomoc do jednostki. Mężczyzna, który mieszkał nieco dalej i dym nie opanował jeszcze jego mieszkania, widząc bezskuteczne błagania o pomoc zadzwonił na numer alarmowy.
Straż pożarna przybyła na miejsce najszybciej jak się dało, ale od pierwszego wzywania o pomoc minęło już 20 minut i pożar zdążył opanować już całe mieszkanie. - Sąsiedzi pomagali nawet strażakom przy rozwijaniu węża, a hydrant z którego zawsze czerpią wodę znajduje się zaraz za bramą naszego podwórka. Tak naprawdę wystarczyłoby przybiec z jednym wężem, bez konieczności otwierania bramy garażu – relacjonuje świadek wydarzenia.
Łukasz ma 24 lata. Przy Pomorskiej mieszka od 20 lat. W styczniu tego roku zmarł jego ojciec, z którym zajmował dwa pokoje z kuchnią i łazienką. Trzy lata temu urodziła mu się córeczka. Od kilku lat mieszkali wszyscy razem. W nocy kiedy wybuchnął pożar w mieszkaniu znajdował się Łukasz z narzeczoną Moniką i ich córeczka Vanessa. Z mieszkania nie udało się nic uratować. Lokal był wynajmowany, więc Łukasz nie mógł go ubezpieczyć. – Jak miała się nam urodzić córeczka, wziąłem kredyt konsumencki, żeby wyremontować mieszkanie, kupić nowe sprzęty. Zostało mi jeszcze sporo do spłacenia, a po nowych meblach, pralce, lodówce, oknach i wielu innych rzeczach została tylko garstka popiołu – opowiada Łukasz.
Z pomocą przyszli mu koledzy z pracy. W weekendy i po godzinach pomagają mu przygotować mieszkanie do remontu. Skuwają wszystkie tynki do gołych cegieł, wyrzucają resztki podłogi, futryn, drzwi. – W pralce zostało pranie, którego nie zdążyliśmy powiesić do wyschnięcia, ciężko było je wyjąć, bo drzwiczki wtopiły się w obudowę. Ze wszystkich zabawek Vanessy została tylko jedna pluszowa kaczuszka. Gdyby nie wsparcie znajomych i właścicielki mieszkania, chyba bym się załamał. Dobrze, że tata tego nie widzi – dodaje mężczyzna.
Od Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej otrzymali jednorazową pomoc. Ze strony miasta mogą liczyć jedynie na miejsce w schronisku dla bezdomnych, a narzeczona Łukasza na przygarnięcie do domu samotnej matki. Póki co pogorzelcy mieszkają w domu rodziców Moniki. Nie skarżą się, ciszą się, że mają dach nad głową, ale na dwóch pokojach w tym momencie mieszka 9 osób. Łukasz nie chce przeprowadzać się gdzie indziej – Tutaj mam naprawdę niski czynsz. Dobrze się tutaj mieszka. Wszyscy sąsiedzi się znają, żyją ze sobą od dziesiątek lat. Nie stać mnie na wynajęcie innego mieszkania i spłacanie kredytu. Póki co jakoś własnymi siłami muszę odbić się od dna. Nie chcę już brać żadnych pożyczek. Odszkodowanie, który zostanie wypłacone właścicielce wystarczy na położenie nowej instalacji wodnej, elektrycznej i gazowej oraz położenie tynków na ścianach, zrobienie podłóg i sufitu. To dużo, ale na wyposażenie muszę zarobić już sam. Nie jest łatwo, ale muszę się postarać dla moich dziewczyn – dodaje Łukasz.
Tekst
Agata Sałacińska
Zdjęcia
Radosław Sałaciński

To były targi elegancji, kunsztu i dobrego smaku. Proste rozwiązanie jak spełnić marzenia przyszłej panny młodej.
Dodaj tą stronę do swojego profilu...
Dodaj komentarz
Komentarze
mieszkania nie mógł, bo nie był właścicielem. ale elementy wyposażenia mieszkania mógł ubezpieczyć - sprzęty, meble, tapety, parkiet. ponadto mógł poprosić właściciela by ubezpieczył w jego imieniu.
niemniej , nie zazdroszczę i współczuję ...
Współczuję :(
(P)owodzenia :)
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.